|
główna. |
menu. |
księga. | motyw przewodni | spis treści: 0 |1.1 |1.2 | 2.1 | 2.2 | 3.1 | 3.2 | 4.1 | 4.2 | 5.1 | 5.2 | 6.1 | 6.2 | 7.1 | 7.2 | 8.1 | 8.2 | 9.1 | 9.2 | 10.1 | 10.2 | 11.1 | 11.2 | 12.1 | 12.2 | 13.1 | 13.2 | 14.1 | 14.2 | 15.1 | 15.2 | 16.1 | 16.2 | 17.1 | 17.2 | 18.1 | 18.2 | 19
Charles, część I
Trochę poczekaliście. Przepraszam, nie miałam... No, siły nie miałam, no. Ale za to teraz macie wyczepiste menu i nową część.
W sumie drugą.
I wiecie co? Było nie było, kocham tę historię. To chyba dobrze, prawda?
Rozdział I: Charles
Pomimo dobitnie minusowych temperatur za oknem (zima w tym roku była wyjątkowo ostra, przynajmniej momentami), w należącym do Windshire’ów domu panował tropikalny wręcz ukrop. Spośród wszystkich lokatorów chyba tylko mała Kathleen nie była spocona ani nie narzekała na zbytnie ciepło. Wręcz przeciwnie – z uporem maniaka zamykała otwierane kolejno przez rodzinę okna. Z tego też powodu siedem osób musiało kisić się w duchocie gwarantowanej przez włączony piekarnik, ogień wesoło trzaskający na kominku czy samo uwijanie się niczym pszczoły w ulu.
– Cóż za idiotyczny pomysł, żeby zapraszać wszystkich tego samego dnia! – oznajmiła warczącym głosem pani domu, ponad siedemdziesięcioletnia Eleanor, zakładając na dłonie ochronne rękawiczki, by wyciągnąć z pieca blachę z indykiem. Faktycznie, koncepcja należała raczej do tych chybionych – sprowadzenie na ten jeden dzień grupy rodziny i znajomych musiało zaowocować wzmożoną aktywnością, która po objedzeniu się świątecznymi frykasami była wręcz nie do zniesienia.
– Ciekawe, kto na niego wpadł... – odburknęła z irytacją Elisabeth, łypiąc ponuro znad sterty suszonych fig, nad którymi się właśnie znęcała. Po chwili rozległ się huk, a ostrze trzymanego przez nią noża zagłębiło się w desce do krojenia, zaś kawałki jednej z fig poleciały w cztery strony świata.
– My, wszyscy razem – odparła na to retoryczne pytanie szwagierka Elisabeth, Charlotte. – Zatem nie marudź, Lizzie, tylko zajmij się robotą, bo ona sama się nigdy nie zrobi – dodała, opierając dłonie na blacie stołu. Elisabeth przewróciła oczami, lecz posłusznie zabrała się do dalszej pracy.
Tymczasem Edmund właśnie wracał z przechadzki, na którą udał się celem uniknięcia pomagania w przygotowaniach do wielkiego, poświątecznego obiadu. Nie widział nic fascynującego w dosypywaniu oregano do upieczonego indyka ani też, tym bardziej, w prasowaniu idealnie prostego obrusa. Do obu tych zajęć miał dwie lewe – tudzież, w jego przypadku, prawe – ręce. Właściwie jedyna czynność, przy jakiej był niekwestionowanie przydatny, to opieka nad Kath, swoją siedmioletnią kuzynką i jedynym dzieckiem rozwiedzionej ciotki Lizzie. Bo też – trzeba przyznać – Kath była mądrym i uroczym brzdącem, który nie sprawiał wielu kłopotów, o ile tylko odpowiednio się go zajęło. Mimo to, Edmund zdecydował się zdezerterować, wybierając samotną wycieczkę po okolicznym lesie.
Wciąż padający śnieg szczelną warstwą pokrywał korony drzew, a także majaczące w oddali dachy jednorodzinnych domków. Było zimno, a każdy oddech młodego Windshire’a zamieniał się w kłęby siwej pary. Wokoło panowała idealna cisza, którą tylko od czasu do czasu przerywało poszczekiwanie psa lub pisk opon samochodu gdzieś na wiejskiej szosie. Edmund biegł równoległą do lasu ścieżką, zaś w jego kieszeni wciąż spoczywał znaleziony o poranku list.
Adelaide ma rację, przemknęło mu przez myśl. Najwyższy czas przyznać się do wszystkiego.
Nie, nie popełnił żadnego przestępstwa ani nic w tym stylu. Sprawa wyglądała na o wiele poważniejszą.
Mimo stanowczego oporu ze strony świadomości, przez głowę jęły mu teraz przebiegać obrazy z minionych lat, miesięcy, tygodni... Opanowywały umysł tak jak dawniej, jakby oglądał album z fotografiami poruszającymi wyłącznie ten jeden temat.
Adelaide. Miała długie, jasnobrązowe włosy, kaskadami opadające na szczupłe ramiona, a tak różowych ust nigdy nie widział u żadnej kobiety. Zakochał się bez pamięci w jej wielkich, orzechowych oczach, okolonych gęstymi rzęsami. Adelaide nigdy nie udawała – a mimo to zawsze była tak samo cudowna i dokładnie taka, jaką ją sobie wymarzył. Pojawiała się na każdym meczu Eastbourne – w tej bowiem drużynie występował Edmund – obojętnie, czy jechali u siebie, czy gdzieś na końcu świata. Żyła żużlem, tak jak on. Oprócz tego dzielili bez mała pięć tysięcy innych pasji, a nawet wspominali ciepło te same kreskówki z beztroskiego dzieciństwa. A czy ona kochała jego? Może zawahałby się przed udzieleniem odpowiedzi na takie pytanie, może rozważyłby wszystkie za i przeciw, lecz w końcu padłoby z jego ust niepodważalne i przepełnione pewnością „tak”. Niestety, jak to zwykle bywa, prawdopodobnie nie byli sobie przeznaczeni. Współistnieli, zdecydowanie i niezaprzeczalnie. Byli swoim lustrzanym odbiciem, a kto znał jedno z nich, wiedział wszystko o drugim. Istniał wszakże jeden szkopuł.
Adelaide kogoś miała.
Pół biedy, gdyby był to ktokolwiek. Przecież skoro ona kochała Edmunda, mogłaby odrzucić z całym spokojem każdego, kto by się napatoczył. Niestety, rozwiązanie tej kwestii nie należało do prostych, bowiem i związek, w jakim tkwiła Adelaide, nie mógł za prosty uchodzić. Była z mężczyzną wiele lat starszym, a jego reakcja na wieść o jej odejściu mogłaby zakończyć się w szpitalu, a nawet i w kostnicy. Nie to tylko stanowiło problem. Także rodzina dziewczyny popierała związek z szanowanym biznesmenem, zajmującym ugruntowaną pozycję w społeczeństwie potomkiem niemieckich emigrantów. To kolejna kwestia, która związywała Adelaide ręce. Było jeszcze coś i to właśnie stanowiło najpoważniejszy problem. Christopher Pfleger, rzeczony kochanek młodziutkiej dziewczyny, piastował nie tylko stanowisko prezesa koncernu Mercedesa. Był także promotorem klubu żużlowego Eastbourne Eagles.
Ilekroć Edmund rozważał tę kwestię, dochodził do druzgocącego wniosku, iż absolutnie nie ma prawa odebrać Pflegerowi Adelaide. Nie tylko dlatego, że to obecny promotor przyjął go do drużyny, na dodatek zaś był dobrym przyjacielem wuja Charliego. Pfleger zaufał Edmundowi, i to zaufał prawdopodobnie bezgranicznie. Oto bowiem musieli trzymać w ukryciu, że najważniejsza osoba w Eastbourne spotyka się z ponad trzydzieści lat młodszą kobietą – najbardziej zaś tajemnica kryta była przed trójką dorosłych dzieci Christophera. Wobec tego to właśnie Edmund Windshire udawał partnera Adelaide, jak na ironię. Zawsze ktoś mógł powiedzieć, że w takim razie Pfleger sam sobie był winien. Niestety, wobec całego majestatu pana na włościach Arlington żaden aż tak odważny się nie znalazł.
Pomimo wszystkiego, co już zostało powiedziane, to Adelaide była właścicielką samej siebie i nikt, nawet rodzina, nie mógł jej zabronić kochania tego, kto według niej był tej miłości najbardziej wart. Inna sprawa, że to Edmund od wielu dni przekładał bezustannie decydującą rozmowę z Pflegerem, nie umiejąc znaleźć odpowiednich słów, by opisać mu sytuację wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Jak więc właśnie tego dnia, dwudziestego dziewiątego grudnia, miał wraz z Adelaide pójść do Christophera i... Właśnie, i co? Powiedzieć mu wprost, że może sobie szukać innej zastępczyni za zmarłą przed kilkunastu laty żonę? Edmund nie był bez serca, a dla Pflegera miał też dużo szacunku, zbyt dużo, by z grubej rury wystrzelić ze swoim związkiem z dotychczasową partnerką promotora.
Miał więc dostatecznie wiele tematów do przemyślenia podczas dwugodzinnego niemal spaceru. Jednak mijały minuty i kwadranse, a on nie wiedział, co zrobić z ciążącą mu nad głową rozmową, która zbliżała się nieuchronnie z każdą kolejną godziną. Gdy docierał do domu, był zmęczony, przerażony i zniechęcony jednocześnie, a wręcz gotów zająć się czymkolwiek, byleby tylko nie musieć rozmyślać o wieczorze.
Wszedł do domu niemal niezauważony, cała rodzina bowiem w tym samym czasie siedziała w kuchni i kibicowała Eleanor w zapasach z indykiem. Edmund powoli zdjął z jasnych włosów ukochaną, wełnianą czapkę i już miał rzucić płaszcz na wieszak, kiedy drzwi boleśnie uderzyły go w plecy. Momentalnie się odwrócił, a gdy to uczynił, nieomal krzyknął ze szczęścia.
W progu stał wysoki mężczyzna z pasiastym szalikiem owiniętym dookoła szyi w taki sposób, jakby zamierzał się nim za chwilę udusić. Kosmyki ciemnych włosów zawadiacko wysuwały mu się spod czapki, opadając na niebieskie oczy i orli nos. Cała ta postać wraz ze swą nierealnością była zbyt charakterystyczna, by pomylić ją z kimkolwiek.
– Wujek? – ucieszył się z niedowierzaniem Edmund, który już stracił nadzieję, że zobaczy Charlesa przed wyjazdem na turniej do Monachium. Tam mieli się spotkać, dokładnie w sylwestrową noc – w końcu Charlie nie przepuszczał żadnych poważniejszych zawodów żużlowych, zwłaszcza w „sezonie ogórkowym”. A że Edmund został oficjalnie zaproszony na Pierwszy Zimowy Turniej Żużlowy w Sylwestra w stolicy Bawarii, liczył, że to właśnie wtedy uda mu się porozmawiać z wujem pierwszy raz od niepamiętnych czasów.
– Co ty tu robisz? – spytał, pomagając Charlesowi zdjąć szalik, który nagle okazał się istnym węzłem gordyjskim nie do rozplątania. Starszy z rodu Windshire’ów roześmiał się beztrosko.
– Chcę mieć pewność, że dojedziesz na turniej w jednym kawałku – odparł, mrugając porozumiewawczo do bratanka. Edmund uśmiechnął się mimowolnie, wciąż zastanawiając się, jak pomóc wujowi w pozbyciu się szalika. Najwyraźniej Charlie miał ten sam problem, bowiem po chwili wciąż tak samo pogodnym tonem zadał niewinne pytanie:
– Ed, masz może pod ręką jakiś tasak albo coś w ten ton?
– Tasak chwilowo w użyciu, ale jak mama go odda, to możesz być pewien, że wyląduje na twojej głowie – rozległ się głos zza pleców Edmunda. Chłopak odwrócił się i dostrzegł rozczochraną ciotkę Lizzie, stojącą w przedpokoju w wojowniczej pozie, z dłońmi opartymi na smukłych biodrach.
– Coś sugerujesz? – zapytał Charles, mrugając niewinnie.
– Owszem. – Wzdychając, Elisabeth podeszła do brata i w czarodziejski sposób zdjęła mu z szyi szalik, nie uszkadzając ani elementu odzienia, ani też gardła Charliego. – Miałeś przyjechać NA święta, nie pamiętasz?
Charles Windshire rozejrzał się uważnie po przedpokoju, poruszył nosem, węsząc za dochodzącymi z kuchni zapachami, po czym oznajmił:
– Na mój gust, to święta tutaj nadal trwają. – Niczym konik polny doskoczył do okolic salonu, by zajrzeć do pomieszczenia – A choinka wciąż stoi! – dodał z triumfem.
Charlie prawdopodobnie nigdy nie miał problemów z myśleniem, żeby nie wypowiedzieć czegoś w złą godzinę – a to z tej prostej przyczyny, że w rzeczy takie jak „zła godzina” najzwyczajniej w świecie nie wierzył. Teraz jednak ledwo wypowiedział te znamienne słowa, a świąteczne drzewko wzrostu jakichś dwóch metrów, całkowicie obwieszone barwnymi bombkami nie wytrzymało napięcia i runęło wprost na stojącą obok kanapę, czyniąc przy tym niewyobrażalny wręcz raban.
Lizzie wrzasnęła. Natychmiast do przedpokoju – nieprzystosowanego do bytności weń tłumów – zbiegła się cała rodzina, porzucając indyki, figi oraz resztę poświątecznego rozgardiaszu. Nie minęła chwila, a zza powalonej choinki wyłonił się rudy perski kot o wdzięcznym imieniu Daz, przeciągając się i z dumą prezentując uzębienie w kolejnych ziewnięciach. Wszyscy domownicy stali jak słupy soli, w oniemieniu przyglądając się pobojowisku.
– Może tak ktoś się tym zajmie? – zaproponowała wreszcie Eleanor, po czym – jak gdyby nigdy nic – powróciła do kuchni i swego indyka.
– Ja nie. Ja jestem zajęty – oznajmili jednocześnie pan domu i Edward, po chwili zaś do ich głosów dołączył stanowczy protest Charlotte. Również mała Kath z całym spokojem podążyła śladem dorosłych, za nią zaś ruszył Daz, beztrosko zamiatając podłogę puszystym ogonem. W okolicach boju pozostali tylko Edmund, Charles i Elisabeth.
– No, panowie – zaczęła Lizzie, nie kryjąc pełnego złośliwej satysfakcji uśmiechu. – Już wiecie, czym będziecie się zajmować przed przybyciem gości.
Odwróciła się na pięcie i zanim którykolwiek z panów zdołał wydać z siebie odgłos protestu, powróciła do krojenia fig w zaciszu domowej kuchni.
***
Mieszkanie w jednej z najbardziej zapuszczonych kamieniczek w Eastbourne nie było duże. Nie wynikało to jednak z braku pieniędzy właściciela. Bynajmniej. Pan i jedyny lokator niespełna czterdziestometrowego przybytku kupił maleńkie mieszkanko właśnie ze względu na jego wielkość. I tak nie mieszkał tu na co dzień, a jedynie wtedy, gdy gorąco pragnął samotności oraz spokoju. To znaczy, tak przynajmniej tłumaczył kierujące nim motywy swej rodzinie. Komu jak komu, ale trójce dorosłych dzieci za nic w świecie nie powiedziałby prawdy.
Miejsce to, wbrew niewielkim rozmiarom, było z natury rzeczy sympatyczne, a lokator nie szczędził funduszy na jego wyposażenie. Znajdowała się tam zatem mała kuchnia, zaopatrzona w piekarnik, kuchenkę elektryczną, zmywarkę, lodówkę oraz niezliczoną ilość szafek – aż cud, że udało się upchnąć tyle rzeczy na tak ograniczonej powierzchni. W łazience z kolei, nie większej niż kuchnia, królowała obudowana marmurowymi płytkami wanna, nad nią zaś rozpościerały się trzy szafki wypełnione rozmaitymi specyfikami o nieznanym działaniu oraz przeznaczeniu. Nad umywalką wisiało okrągłe lustro w ramie, którą właściciel przybytku z dumą nazywał platynową, choć zasadności tego stwierdzenia (bądź też jej braku) nigdy nikomu nie udało się udowodnić.
Z przedpokoju, wyłożonego perskim dywanem o barwie szkarłatu, wychodziło się do dwóch pokoi, jakie posiadało mieszkanie. Pierwszy z nich, ten mniejszy, służył lokatorowi za sypialnię. Jego wyposażenie stanowiły zaledwie dwa nocne stoliki i zajmujące niemal całe pomieszczenie, dwuosobowe łóżko. „Kolejne dziwactwo mieszkającego tu staruszka” – skwitowałby zapewne ktoś, kto wszedłby do pokoju, nie znając przy tym właściciela lokum. Możliwe, że byłoby w tym komentarzu nieco prawdy – w końcu, na co samotnemu, starszemu panu dwuosobowe łóżko? Jedyną w miarę wiarygodną odpowiedź lepiej przemilczmy.
Pokój dzienny był zdecydowanie większy od sypialni, choć wciąż daleko mu było rozmiarami do klasycznego salonu (w dodatku połączonego z jadalnią). Miejsce pośrodku zajmował dumnie masywny, dębowy stół o powierzchni blatu w kształcie nieznacznie tylko spłaszczonego koła. Stały przy nim trzy obite purpurowym aksamitem krzesła o wygiętych oparciach, jakby ich twórca koniecznie chciał nadać klasycznym meblom awangardowego wyglądu. Naprzeciwko drzwi a pod oknem znajdował się niski, szeroki barek na równie powyginanych nogach. Tego dnia na jego blacie stała butelka wina i dwa połyskujące w blasku słońca kieliszki. W rogu ktoś siłą woli chyba wcisnął dwa regały, po brzegi wypełnione książkami. Na ich półkach wyjątkowo nie dało się dostrzec najmniejszego nawet pyłku kurzu. Również bordowa kapa na stojącej pod ścianą kanapie nie nosiła śladów pogniecenia. Ktoś musiał tu sprzątać.
Zgrzytnął klucz w zamku. Po chwili mieszkanie zalała silna woń wody kolońskiej, pomieszana z zapachem ciasta. Do przedpokoju wsunął się szczupły mężczyzna o siwych włosach i poprzecinanej bruzdami twarzy. W jednej dłoni dzierżył klucz, w drugiej zaś trzymał siatkę oraz bukiet czerwonych róż.
Lokator zamknął drzwi, rzucił siatkę na dywan, po czym zdjął płaszcz podszyty miękkim futrem. Zatarł ręce; pogoda mu dziś nie sprzyjała. Na jego czarnym kapeluszu widniało kilka płatków śniegu.
Gdy już pozbył się zbędnego w domu okrycia, wraz z całym bagażem ruszył do kuchni, gdzie na jednej z szafek czekał już przygotowany pękaty wazon z chlupoczącą wewnątrz wodą. Mężczyzna wsunął do niego róże, które po zetknięciu z życiodajną cieczą natychmiast odżyły, pachnąc oszałamiająco. Starzec pomyślał, że ma niebywałe szczęście – gdyby nie pewien zbieg okoliczności, nigdy nie udałoby mu się zdobyć w grudniu świeżych róż. Ludzie bywają jednak niesamowicie pomocni.
Wydobył z siatki pudło oznaczone logiem jednej z najlepszych cukierni w całej Anglii. W środku znajdował się czekoladowy tort, taki, jaki ONA lubiła najbardziej. Cóż to za wspaniałość – związać się z kobietą, która nie odmawia sobie słodkiej przyjemności i nie próbuje wmówić całemu światu, że ma za dużo centymetrów w pasie!
Niespełna trzy minuty później siwowłosy przykrywał nagi blat stołu śnieżnobiałym obrusem z połyskującymi perłowo zdobieniami. Kiedy już to uczynił, na środek mebla wjechał kryształowy wazon z wciąż pachnącymi różami, zaraz po nim zaś ułożony na talerzu tort od wraz z nożem o długim ostrzu. Światło popołudniowego słońca tańczyło w szkle stojących przy oknie kieliszków.
Na dworze w dalszym ciągu panowała niesprzyjająca aura. Padał śnieg, a ulice Eastbourne przykrywała warstwa zmieszanego z solą błocka. Ludzie kryli się pod barwnymi parasolami, przemykając tu i tam z torbami pełnymi niezbędnych zakupów. Mężczyzna oderwał wzrok od tego, co działo się za szybą, i po raz ostatni bystrym spojrzeniem zlustrował cały pokój. Zastawa, znajdująca się za szklaną witryną zajmującego miejsce obok kanapy kredensu, lśniła czystością. Zasłony w oknach były bielsze niż najbielszy nawet śnieg, a żadna ze stojących na regałach książek ani o milimetr nie wystawała z półki. W całym pokoju nie dostrzegł nawet śladu kurzu.
Zadowolony z oględzin, chciał już usiąść na kanapie, gdy panującą w mieszkaniu ciszę z nagła przerwał klasyczny dźwięk telefonu komórkowego. Krzywiąc się nieznacznie, mężczyzna poszedł do przedpokoju i wyjął z kieszeni płaszcza komórkę.
– Słucham? – spytał ochrypłym głosem, przysuwając słuchawkę do ucha. Chwilę później po drugiej stronie kobiecy głos bez żadnego powitania zaczął tłumaczyć:
– Przepraszam, że ci przeszkadzam, tato, ale mamy w firmie jakiś koniec świata.
Mógł się tego spodziewać. Madelaine. Jak zwykle w sprawach służbowych.
– Opanujcie go – odparł, z trudem kryjąc pobrzmiewające w głosie zniechęcenie. – Mówiłem ci już, że nie przyjadę, bo mam do załatwienia ważne sprawy... hmm... osobiste – zakończył, tylko lekko zacinając się przy wyjaśnianiu powodów swej nieobecności.
– Wiem, wiem, już to słyszałam – burknęła Madelaine, nie dając za wygraną. – Ale spróbuj to wytłumaczyć Haroldowi...
Mężczyzna westchnął ciężko.
– Powiedz, że jak nie da mi spokoju, to nie dostanie urlopu na Sylwestra – poinstruował córkę. – Powinno podziałać.
– Nie ma sprawy – odparła, jednak z wyraźną irytacją. – A kiedy wrócisz? – dodała szybko, jakby doskonale wiedziała, że jej ojciec właśnie w tym momencie zamierzał zakończyć połączenie. Starzec podrapał się po brodzie, po czym rzekł do słuchawki:
– Jutro... Tak sądzę. – Po czym pożegnał się szybko, odłożył telefon na kanapę, sam zaś wbił wzrok w białe ściany salonu.
– Wrócę jutro – powtórzył powoli, chociaż w pokoju nikogo nie było. – Jako zupełnie nowy człowiek – dodał, uśmiechając się do własnych myśli. Musnął kościstą dłonią kieszeń spodni, w której krył się jego własny, prywatny klucz do nowej rzeczywistości. Do tej rzeczywistości, która skutecznie omijała go od ćwierćwiecza. Teraz pozostawało tylko czekać na ostatni element bramy do lepszego świata.
Przynajmniej tak Christopher Pfleger sądził tamtego grudniowego popołudnia.
Speedway Maestrina 1/07/2009 20:56:41 [Powrót] Komentuj
Uh, jak totalna ciapa nie zauważyłam, że dwie części już są i skomentowałam prolog. Uh.
Ale zaciekawiło, i to porządnie. I będę czytać.
Mal 18/07/2009 22:11:04
| brak www IP: 82.210.164.151
Grudniowo się zrobiło... Ech, stare czasy :D. A wujek Charles to spoko gość - musimy kiedyś jakąś flaszkę obalić razem :D.
Edmund 1/07/2009 21:30:50
| brak www IP: 94.40.28.133
Szablon w całości wykonany przez
Speedway Maestrinę wyłącznie dla Pflegera. Kopiowanie stanowczo zabronione.
|